Nie ma. Znikło. #konkurspodrodze - I MIEJSCE festiwal Miedzianka po Drodze

 Minęło kilkanaście lat, odkąd opuściłam życie w dużych miastach, stając się dziewczyną z sąsiedztwa. Moje przemieszczanie się po różnych krajach Starego Kontynentu i ich stolicach zaskakiwało, może nawet imponowało niektórym znajomym ze studiów, chociaż nigdy nikt tak naprawdę do mnie nie napisał i nie zapytał, co ja tam robię.

Ludzie, których znałam przez kilka lat nauki na ASP poszli drogą architektów, nasz kontakt się urwał. Przeprowadzka na prowincję oraz brak kolorowych zdjęć sprawił, że nikt nie interesował się moimi poczynaniami. Z daleko od wystaw, nocnych świateł i artystycznych rozmów w winiarniach.

A ja tu zapuściłam korzeń o kształcie mandragory i czuję się świetnie. Podoba mi się przenikanie, które polega na tym, że odkrywam na nowo Kotlinę i życie w niej, artystycznie wcale nie jest uboższe od tego wielkomiejskiego, tylko inne. Spotkałam pięknych ludzi na swojej drodze i jestem tu szczęśliwa. Mandragora krzyczy, że nie wie, co musiałoby się stać, by teraz opuściła małomiasteczkowe życie.

Tydzień temu zobaczyłam na facebooku post mojej dawnej koleżanki ze studiów, że posypały jej się plany urlopowe, a wypowiedź kończyła się zrezygnowanym: niech mnie ktoś zaskoczy!

Napisałam więc: spakuj mały plecak i weź wygodne buty. O 5:23 wsiądź w pociąg na dworcu Poznań Główny, z przesiadką we Wro i o 9:12 odbiorę cię na stacji Bardo Śląskie. Gwarantuję wrażenia, napisałam. Odpisała: challenge accepted.

Nie wiedziałam, czy po tych wszystkich latach i odmiennym stylu życia będziemy miały o czym rozmawiać, ale zamierzałam stanąć na wysokości zadania i wykazać się kreatywnością.


Pamiętam, że K. była molem książkowym, jednym z największych, jakie znałam.

W umówiony piątek czekałam na stacji z samego rana. Uściskałyśmy się z uśmiechem, próbując znaleźć odbicia dawnych lat w nas samych. Wyciągnęłam prezent nr 1: "Nikt nie woła, każdy pamięta. Filmowy Dolny Śląsk" autorstwa Lecha Molińskiego i Jerzego wypycha. 

- Zobacz, piszą tutaj o tym dworcu kolejowym w Bardzie. W latach dawnych były tu kręcone "Marcowe migdały". Zapalona para działaczy społeczno-kulturalnych zorganizowała kiedyś happening, nawiązujący do tego filmu. W książce to opisano! Wracali do tego, co było. A teraz nie ma już takich akcji, została tylko nazwa stacji: Bardo Śląskie. Bardo też już Śląskie nie jest, to błąd. Miasteczko nazywa się Bardo.






Wczesna godzina na prowincji to zamknięte kawiarnie. Potrzeba koffeiny skierowała nas do Żabki, mieszczącej się naprzeciwko bazyliki, w samym centrum. Z tym miejscem też się wiąże historia.

Do niedawna można było na mieście słyszeć dialog typu:

„- Gdzie kupiłaś tę pyszną makrelę?

- W księgarni.”

- Dziwne, prawda? – powiedziałam, stojąc przed Żabką naprzeciwko bazyliki. – Opowiem ci o tym miejscu.

Sam sklep, który przemieniono na franczyzę niedawno, z księgarnią nie miał nic wspólnego. Książek było kilka, może jako dodatki do kolorowych magazynów, ale był misz masz wszystkiego, co akurat było mi niezbędne do rysowania i wpadania na chwilkę, by z czymś, o czym nawet nie myślałam, że mi potrzebne, wyjść… Był tam też dział spożywczy.

Gdy zamieszkaliśmy w innym mieście, często chodziłam do sklepu papierniczego po różnego rodzaju pisaki, papiery, kartki okolicznościowe itd., przy okazji prowadząc dialogi z właścicielką. Do mojego partnera, wychodząc, mówiłam, że idę do księgarni. W końcu on zapytał, o co mi chodzi z tą księgarnią, w końcu nie ma tam żadnych książek! Sama się złapałam na tym, że tak mówię i jest to trochę irracjonalne.

Otóż w Bardzie w tym miejscu była księgarnia – Dom Książki, w której pracowała moja Babcia. Były to czasy, gdzie książki były towarem deficytowym, dlatego ta intratna posadka pozwalała na zawarcie wielu znajomości, odkładaniu ludziom książek, zapisom na książki, podarowywaniu książek, by coś załatwić itp. Przez jakiś czas pracowała tam też moja Mama, stąd może gen czytelniczy we mnie samej. Chociaż później był to... sklep papierniczo-spożywczy ... a za czasów księgarni byłam bardzo mała i nie pamiętam tego lokalu, to w mojej głowie wciąż sklep nazywałam księgarnią (jak i 80% mieszkańców Barda).

Zapytałam moją Mamę, o garść wspomnień na ten temat. Opowiedziała mi, że „w tamtych czasach” wycofywali z obiegu dzieła Lenina i stare podręczniki. W Bardzie było duże zaplecze przy księgarni, dlatego zrobiono tam magazyn, zwany „zwrotownią”, gdyż książki nie były do wyrzucenia, wręcz było zabronione niszczenie ich, dlatego trzeba je było gdzieś zmagazynować. I miejscem tym było Bardo, gdzie trafiały księgi ze wszystkich Domów Książki z Dolnego Śląska. Zatem leżały tam i czekały, aż będzie je można zniszczyć, a jeżeli ktoś na terenie województwa chciał jakaś kupić (były bardzo tanie), to moja Babcia ją pakowała i wysyłała do tej księgarni. Były podobno bardzo pięknie wydane, w granatowych, grubych okładkach.

Oprócz tego były aktualne książki, zamawiane z katalogów przysyłanych co tydzień. Odpowiadał za to tzw. „rozdzielnik”, dostawało się ileś egzemplarzy, które przysługiwały na daną księgarnię. Były też płyty winylowe, kasety magnetofonowe oraz cały asortyment szkolno papierniczy.

Mama pracowała tam też na pół etatu i wspomina tą pracę jako bardzo fajną. Dużo ludzi kupowało książki, przychodzili też po artykuły papiernicze, ale dużo osób przychodziło po prostu porozmawiać. Za książkę można było wtedy wiele rzeczy załatwić... albo wymienić na paczkę kawy. Moja Babcia była miłośniczką kawy i całego ceremoniału parzenia i picia jej w towarzystwie. Kawę w księgarni się mieliło, pachniał nią cały sklep. Na zapleczu często były pogaduchy...

0 13.00 moja Prababcia Ewa szła z obiadem. Jak odbierali pieniądze o 14.00 (trzeba było wszystko przeliczyć i włożyć do specjalnej koperty), to w międzyczasie Babcia Hania jadła obiadek od swojej mamy przyniesiony w koszyczku, który moja Mama kupiła we Wrocławiu. Koszyczek był z trawki, zawsze była zupka i drugie danie. Często pani kierowniczka biblioteki tez przychodziła na obiad.

Księgarnię zamknięto gdy w małych miastach likwidowano Domy Książki. Babcia była jako pierwsza w Bardzie bezrobotną(!). Trwało to z rok, aż poszła do pracy do biblioteki...

To miejsce miało duszę. Późniejsi właściciele też wypracowali klimat, jaki stał się niezbędny w naszym miasteczku. A teraz?...naprawdę zwykła Żabka? Nic do tego nie mam, ale starówka zyskała nowy szyld, spod którego został jeszcze pas jasnej elewacji po starym i trzeba zaakceptować, że … pewne rzeczy odchodzą bezpowrotnie.

Nie ma makreli.




Zaproponowałam, widząc rys zaciekawienia na twarzy K., że pokażę dla odmiany coś, co jest, ale nie do końca, jednocześnie wręczając książkę Mariusza Szczygła, na pamiątkę spotkania z „żabkoksięgarnią”.

- Lubisz twórczość Olgi Tokarczuk? – zapytałam.

- Jasne, znam wszystkie jej książki!

- To chodź! … - powiedziałam jej, wręczając „Grę na wielu bębenkach” Tokarczuk i prowadząc na dziedziniec przy bazylice.

W małym sklepiku z pamiątkami i dewocjonaliami kupiłyśmy bilety do szopki. Miła pani wystawiła za szybą kartkę „Jestem w szopce” i skierowałyśmy swoje kroki ku ciężkim drzwiom. Za parkingiem, na zakręcie, znajduje się przeszklone zejście do podziemi. To tutaj.

Ale czy to ta sama szopka, która jest opisana w opowiadaniu „Bardo. Szopka.”?






Fikcja literacka miesza się tutaj z realizmem. Szopka z książki jest mityczna, budowana rękami wielu twórców. Jest wymyślonym miejscem, które stworzyło w głowach niektórych mieszkańców swoisty obraz, jakoby opisywana szopka istniała naprawdę.

Szopka istnieje i jest bez wątpienia jest magiczna, magnetyzuje głównie dzieci – ja sama ciągnęłam tam mamę i babcię wielokrotnie, by przypatrzeć się barwnym postaciom ruszającym się do melodii kolęd. Mimo, że to nie jest kunszt artystyczny wysokiej klasy i dla niektórych może oscylować na granicy kiczu, jest w niej coś cudownego (w końcu mieści się w Mieście Cudów), co sprawia, że możemy na nią patrzeć długo, długo.

W opowiadaniu Olgi Tokarczuk opisana jest tak szczegółowo, iż nawet w głowach wielu mieszkańców zrodził się obraz, iż ta opisywana istniała naprawdę! A jest fikcją literacką, która zaczęła żyć własnym życiem, co zdumiało nawet samą Olgę Tokarczuk! Był nawet pomysł, by taką szopkę zbudować... opowiadanie miało ciąg dalszy i skłoniło pisarkę do kolejnego eseju, ale o tym za chwilę.

Historia szopki, ta prawdziwa, jest krótsza. Powstała w dawnej krypcie przyklasztorniej w roku 1967 dla upamiętnienia 700-lecia pielgrzymowania do Barda. To niewielkie pomieszczeniu o łukowatym sklepieniu, gdzie na wejściu wita nas anioł – wpłacając mu datek, usłyszymy wypowiadane dziecięcym głosem „Bóg zapłać”, równoczesne z kiwnięciem głową – to zawsze cieszy dzieci.

Stajemy na drewnianym podeście, szopka zaczyna się poruszać – mówię to w ten sposób, gdyż po uruchomieniu mechanizmy równocześnie zaczynają spacerować barwne figury, zarówno te na pierwszym planie, jak i schowane. Cała szopka i jej spójny mechanizm zaczyna żyć. Możemy odkrywać kunszt detali, nawet najmniejsze postaci mają tu swoje zadanie … w szopce unosi się specyficzny zapach starego pomieszczenia. Jedynym nowoczesnym akcentem jest muzyka oraz gablotka z … dinozaurami. Tego akcentu akurat nie potrafię zrozumieć!

Podziwiamy sceny biblijne, które są na wyciągnięcie ręki, a równocześnie wydają się być tak kruche, iż patrzymy na nie jak zahipnotyzowani. Jest Betlejem, jest Adam i Ewa, jest wodospad, barwne figury mędrców i króli, ludowe postaci...

Od pani ze sklepiku dowiedziałyśmy się, że ten sam zakonnik zbudował podobną szopkę w Tuchowie, Kazachstanie, a nawet Afryce! Nieźle, prawda? A w nawiązaniu do literatury, przez lata odbywał się przegląd szopek bożonarodzeniowych, zainicjowany przez państwa Szewczyków, którzy są bohaterami opisu w „Nikt nie woła…”.

Sama Olga Tokarczuk pisze:

„Wymyśliłam to opowiadanie; wymyśliłam szopkę i życia ludzi, którzy w moim opowiadaniu zajmowali się nią. Pisząc nie myślałam ani historycznie, ani nawet konkretnie. Fakty nie były mi potrzebne, stanowiły inspirację. Tasowałam je jak chciałam, dla potrzeb tekstu. Myślałam metaforycznie. (...). W moim opowiadaniu szopka jest ludzkim listem do Boga, komentarzem do jego dzieła, jest próbą metaforycznego opowiedzenia mu kim jesteśmy, jak z dołu widzimy świat, który dla nas skonstruował. Nadawcy tego listu wciąż czekają na odpowiedź, choćby telegraficzną, choćby najkrótszym sms-em, jakąkolwiek. Szopka w końcu przepada w lokalnej powodzi. Pozostaje po niej wspomnienie. I brak odpowiedzi. Ale autor czasami sam nie wie, co pisze.

(…)

Dotarłam do Barda zimowym popołudniem, gdy oficjalne uroczystości otwierające ten mały festiwal już się rozpoczęły. Sala była pełna. Słuchając poszczególnych wystąpień, zaczęłam zdawać sobie sprawę ze strasznej pomyłki: moje niewinne opowiadanie zaczęło wyłaniać się z nich jako historia prawdziwa, na moich oczach zaczęło stawać się wiązką najprawdziwszych faktów. Moją wyimaginowaną, sklejoną z wielu innych, zmetaforyzowaną szopkę wzięto za fakt, a jej istnienie za realne.

Więc zaprotestowałam. Zrobiłam to delikatnie, wskazując na rolę fikcji literackiej, na licentia poetica. Wydawało mi się nawet, ze na chwilę zapadła króciutka, okrągła cisza, jak kropka, która oddziela od siebie różne zdania. A potem wstał młody człowiek i powiedział coś z dumą o mieście i szopce i, tak, właśnie, że rzeczywiście jego babcia pamięta ową szopkę i ze z pewnością to jest właśnie TA szopka. Ktoś inny dodał, że mała szopka, która znajduje się w lokalnym muzeum jest pozostałością po tamtej. I wtedy mój głos wydał się słaby i nie na miejscu, nie wnosił bowiem nic wartościowego do trwających uroczystości. Niczemu nie służył, niepotrzebnie rozpraszał. Ktoś chrząknął z zażenowaniem. Festiwal uznano za otwarty.”

("Pstrąg w migdałach"- Olga Tokarczuk)

- Jak myślisz K.? Szopka jest, czy jej nie ma? – zapytałam z przekorą.

Po Bardzie mogłabym oprowadzać koleżankę godzinami, ale nie taki był plan. Zdecydowałam się pojechać na rowerach, gdyż nie miałyśmy dużo czasu, a trasa górami jest bardziej wymagająca. Po drodze na Ostrej Górze była kiedyś restauracja, a teraz już nie ma nic oprócz widoku.




- Dlaczego zabierasz mnie do Złotego Stoku? Chciałabym jeszcze zostać w Bardzie, czuję, że to nie jest dopowiedziana historia. Nie sądziłam, że w małym miasteczku może być tyle piękna, energii i wspomnień!

- Zobaczysz. Obiecywałam ci wrażenia. A dzień jest dopiero na półmetku - odpowiedziałam. – Przyjedź jeszcze do mnie, zapraszam. Wtedy opowiem więcej, poznasz życie na prowincji od kuchni. Coś też ugotuję, specjalizuję się w zupach – dodałam.

Jechałyśmy przez okoliczne wioski, na skróty. W Złotym Stoku zatrzymałyśmy się w kopalnianym miasteczku.

- Zobacz K. Nie ma złota, a jest prężnie działająca kopalnia! Jeszcze nie zapomniała o ostatnich wydarzeniach festiwalowych, jakie dostarczyła jej Miedzianka Po Drodze! Proszę, to przedostatni prezent, mam nadzieję, że masz miejsce w plecaku! – dodałam wręczając jej książkę Springera.





Usiadłyśmy w restauracji, by zjeść obiad, a ja w tym czasie opowiadałam jej o wydarzeniach i spotkaniach festiwalowych, w których uczestniczyłam, a poziom emocji jeszcze nie opadł.

- Jesteś pewnie trochę zmęczona, więc ostatnim punktem programu jest spacer do złotego Jaru. Ktoś tam na nas czeka...

Leśna trasa była bardzo malownicza, dla takiego mieszczucha jak K. spacer w cieniu drzew to prawie jak wakacje all inclusive na greckiej wyspie. Zachwycałam się jej zachwytem i przystawaniem, by sfotografować mech, korzenie, kwiaty... 

Na miejscu pojawił się wreszcie budynek pięknego Złotego Jaru. Jeleń stał dumnie na straży i zastanawiałam się, czy na nas patrzy.

W recepcji zapytałam:

- Czy jest Gosia?

Bałam się usłyszeć wynikający z całej tej podroży zwrot "nie ma".

- Jest, czekała na was, usiądźcie proszę, a ja podam kawę.

Tu wyjęłam z torby ostatni prezent - "Zieloną sukienkę" Małgorzaty Szumskiej. 

- K., odkąd pamiętam, chciałaś pojechać śladami zesłania swojej babci na Syberię. Zaraz przyjdzie Gosia, która na taką samotną podróż wyruszyła i ci o wszystkim opowie...



... ten wieczór był pełen opowieści, nie tylko o dalekiej Rosji, ale i o Złotym Stoku, książkach i ukrytym potencjale miejsc i osób, które z wyboru lub za sprawą splotu wydarzeń zdecydowały mieszkać na prowincji. K. była zachwycona. Ja też. 



 #konkurspodrodze

 https://www.facebook.com/MiedziankaFest

https://www.instagram.com/miedziankafest/    

https://www.facebook.com/ecyklopedia  

https://www.instagram.com/ecyklopedia/

 

 

Komentarze

Popularne posty